Nowe polskie ustawy
Oglądasz wersję archiwalną wątku "Nowe polskie ustawy" z forum kodczasu.ronus.pl/forum/
Strona
1 z
11 •
1,
2,
3,
4,
5,
6,
7,
8,
9,
10,
11
Blue - Sob Mar 17, 2007 08:25
SMS-y i poczta elektroniczna do wglądu policji?
2007-03-12 12:18
PiS chce wprowadzić najostrzejsze w UE prawo telekomunikacyjne, które będzie nakazywało przez pięć lat przechowywać dane z rozmów telefonicznych, poczty elektronicznej i SMS-ów - donosi "Gazeta Wyborcza".
dalej »
Wedle obecnego prawa, archiwizowane są jedynie billingi z rozmów telefonicznych przez okres dwóch lat. W innych krajach Unii Europejskiej takie dane także są przechowywane przez najwyżej dwa lata.
Proponowana przez PiS ustawa nakładałaby na operatorów telefonicznych i internetowych przechowywania aż przez pięć lat wykazu wszystkich połączeń, treści SMS-ów, obrazków MMS, a nawet adresów stron WWW, które odwiedzaliśmy. Dane te byłyby udostępniane na każde żądanie policji.
Policja i prokuratura będzie wiedzieć o każdym z nas niemal wszystko, gdy w życie wejdzie nowe prawo telekomunikacyjne - pisze "GW".
Projekt taki posłowie PiS składają po raz trzeci. Przeciwko pierwszym dwóm opowiedziała się Samoobrona ("za" były PiS i LPR). Teraz wszystko wskazuje na to, że partia Leppera projekt poprze. - Teraz posłowie Samoobrony nas nie zawiodą - mówi na łamach "GW" Antoni Mężydło z PiS.
Ustawę krytykuje opozycyjna PO, a także eksperci - zarówno prawnicy, jak i specjaliści od nowych technologii. - Twórcy tego prawa nie mają pojęcia o możliwościach technicznych. Archiwizowanie takiej ilości danych jest trudne - mówi dla "Gazety" Andrzej Piotrowski, ekspert nowych technologii z Centrum im. Adama Smitha.
Popiera go prof. Wojciech Sokolewicz, konstytucjonalista z PAN: - Nie jesteśmy krajem narażonym na ataki terrorystyczne, a przestępczość nie jest tak duża, by wprowadzać takie ograniczenia.
Mimo to posłowie koalicji gotowi są projekt forsować w imię poprawy stanu bezpieczeństwa narodowego.
(Gazeta Wyborcza)
Jakub - Sob Mar 17, 2007 15:58
Z tym wiążą się niewyobrażalne koszty, które będą musieli ponosić operatorzy telefonii komórkowej jak i dostawcy internetu. Koszty te oczywiście zostaną włączone w nasze opłaty za korzystanie z tych mediów.
Blue - Sob Mar 17, 2007 19:36
Już za dwa tygodnie PiS może nam wprowadzić całkowity zakaz dostępu do pornografii, także w internecie. Jej posiadanie i sprzedaż ma być karane więzieniem
Pomysł ma duże szanse wejść w życie, bo PiS znalazł większość do uchwalenia ustawy - popiera go koalicja. A to oznacza, że nadchodzi kres swobodnego dostępu do pism i filmów pornograficznych, a także do stron internetowych. Nie tylko dla nieletnich, ale i dorosłych Polaków.
Posłowie PiS przygotowali projekt nowelizacji kodeksu karnego. Zgodnie z nim każdy posiadający zdjęcia lub filmy porno będzie mógł trafić za kratki na rok. Jednak, gdy ktoś będzie czerpał zyski ze sprzedaży ostrej erotyki (np. pani w kiosku), może posiedzieć nawet dwa lata. Dziś takie kary czekają tylko tych, którzy udostępniają treści pornograficzne dzieciom poniżej 15. roku życia oraz mają pornografię z udziałem niepełnoletnich.
Czy więzienie będzie grozić za posiadanie zdjęć gołych pośladków albo sprzedawanie Playboya? Tego dokładnie sami posłowie nie wiedzą. - Definicję pornografii ustalimy na posiedzeniach komisji - mówi Tadeusz Cymański z PiS. Projekt już za dwa tygodnie trafi pod obrady Sejmu.
- Pornografia narusza godność ludzką, gdyż prowadzi do uprzedmiotowienia człowieka - uzasadniają politycy. - W krajach dbających o dzieci, np. Ameryki Południowej, taki zakaz obowiązuje. Więc dlaczego nie u nas? - postulował na posiedzeniu komisji rodziny Marian Piłka, autor projektu. Parlamentarzyści dowodzą, że im większy jest dostęp do pornografii, tym większa jest przestępczość o charakterze seksualnym.
Czy te przepisy ją zmniejszą? Mało prawdopodobne, bo zaostrzenia, które chce wprowadzić PiS, są niemal takie same, jakie obowiązywały w kodeksie karnym od 1969 roku w PRL-u. Wtedy zakaz nie przyniósł skutku, a "świerszczyki" były masowo sprzedawane spod lady lub przemycane z zagranicy.
- Nieraz dobre wzory należy czerpać z przeszłości. Nie należy z góry przekreślać tej ustawy - uważa poseł Maria Nowak z PiS, która podobnie jak 25 innych posłów (m.in. Tadeusz Cymański, Krzysztof Jurgiel, Karol Karski, Marek Suski) podpisała się pod projektem.
Prawnicy zauważają, że przepisy proponowane przez polityków mogą być niezgodne z konstytucją. - Mamy przecież wolność wypowiedzi i prasy. Nie można komuś narzucać sposobu myślenia. Wprowadzanie w tym przypadku ograniczeń jest nieuzasadnione - twierdzi dr Anna Młynarska-Sobaczewska, konstytucjonalistka z Uniwersytetu Łódzkiego. Zgadza się z nią prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: - Ta ustawa będzie technicznie nie do wykonania. Bo jak zakazać wchodzenia na zagraniczne strony pornograficzne? A jeśli będą blokady, to będzie kwitł czarny rynek. Politycy narażają się na śmieszność, uchwalając takie prawo - mówi.
Wraca PRL
Art. 173 kodeksu karnego z 1969 r.:
§1. Kto rozpowszechnia pisma, druki, fotografie lub inne przedmioty mające charakter pornograficzny, podlega karze pozbawienia wolności do lat 2, ograniczenia wolności albo grzywny.
§2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechnienia takie pisma, druki, fotografie lub przedmioty sporządza, przechowuje, przenosi, przesyła lub przewozi
Projekt nowelizacji kodeksu karnego w 2007 r.:
§1 Kto rozpowszechnia treści mające charakter pornograficzny, podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§1a Tej samej karze podlega, kto treści określone w §1 w celu rozpowszechniania tworzy, przechowuje, przesyła, przenosi albo przewozi.
§1b Jeżeli sprawca przestępstwa opisanego w §1 albo §1a działa w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
http://wiadomosci.gazeta....00,3990852.html
Blue - Sob Mar 17, 2007 19:48
LPR bierze się za ZNP
Klub Parlamentarny Ligi Polskich Rodzin przesłał w sobotę do laski marszałkowskiej projekt ustawy o zwrocie dóbr przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Chodzi o majątek uzyskany do 4 czerwca 1989 roku.
LPRszukaj chce, aby pierwsze czytanie projektu odbyło się na najbliższym posiedzeniu Sejmu, które rozpocznie się 28 marca.
Projekt zakłada przejęcie na rzecz Skarbu Państwa mienia uzyskanego przez ZNPszukaj do dnia 4 czerwca 1989 r. Ustawa zobowiązuje władze ZNP do przedstawienia ministrowi edukacji spisu praw majątkowych, przysługujących związkowi do 1989 r.
Liga proponuje, aby przychody ze sprzedaży majątku przeznaczyć na zwiększenie emerytur najuboższych nauczycieli.
Źródło informacji: http://fakty.interia.pl/f...9-r,884345,2943
Blue - Sob Mar 17, 2007 22:54
Ustawą w gejowską agitację
2007-03-13, 08:47
W Ministerstwie Edukacji powstał projekt ustawy zakładający karanie pedagogów, którzy pozwoliliby na propagowanie homoseksualizmu na terenie szkół lub w miejscu wypoczynku młodzieży - informuje "Dziennik".
Według projektu do którego dotarł "Dz", za złamanie zakazu miałoby grozić dyscyplinarne wyrzucenie z pracy lub nawet odpowiedzialność karna: grzywna lub ograniczenie wolności. Po uzgodnieniach międzyresortowych, projekt ustawy trafi prawdopodobnie jako projekt rządowy do Sejmu. Nowe przepisy mogłyby wejść w życie już od przyszłego roku szkolnego.
Gazeta podkreśla, że kolejna kontrowersyjna koncepcja szefa MEN trafi na posiedzenie rządu w czasie, gdy premier i prezydent starają się za wszelką cenę ukształtować wizerunek Polski jako kraju wolnego od homofobii.
Przepisy proponowane przez ministra Giertycha zabraniają spotkań z organizacjami propagującymi homoseksualizm również poza szkołą - w trakcie obozów i kolonii dla młodzieży. W ustawie brak jest rozróżnienia między "propagowaniem homoseksualizmu" a walką z dyskryminacją mniejszościowych orientacji seksualnych.
http://wiadomosci.polska....e,id,263848.htm
Blue - Sob Mar 17, 2007 23:06
I ty zostaniesz zlustrowany
Setki tysięcy Polaków muszą złożyć oświadczenie lustracyjne. Warto wypełnić je rzetelnie, bo przepisy są surowe
Andrzej Dryszel
Zmienione reguły lustracji obejmują nas na raty. Zaczęła już (od 28 lutego) obowiązywać nowelizacja uchwalona z inicjatywy prezydenta. Zawiera ona m.in. zapis, że główna ustawa, przyjęta w październiku 2006 r. (tzw. lustracyjna ustawa matka), wchodzi życie 15 marca - ale nie cała, bo bez przepisów zmodyfikowanych w międzyczasie na wniosek głowy państwa. Ponieważ jednolitego tekstu obu aktów prawnych jeszcze nie ma, trzeba porównywać oba dokumenty, by ustalić, co obowiązuje, a co nie.
Ten koszmarek prawny sprawił kłopoty nawet Trybunałowi Konstytucyjnemu, który ma zbadać, czy lustracja jest zgodna z konstytucją, i najpierw zwrócił się do ustawodawcy z pytaniem, kiedy właściwie, w intencji Sejmu, nowe przepisy wchodzą w życie. Wszystko dlatego, że Sejm w swoim zapale rozliczeniowym przyjął ustawę łamiącą standardy państwa prawa (np. zasadę domniemania niewinności) i bracia Kaczyńscy, uznając, że takiej dawki lustracyjnych igrzysk wyborcy mogliby już nie zaaprobować, polecili posłom PiS zmianę wielu zapisów.
10 lat na marginesie
Przywrócono zatem oświadczenia lustracyjne zamiast wprowadzonego w październiku pojęcia "osobowego źródła informacji" (które każdy praktycznie kontakt z tajnymi służbami PRL uważały za wskazujący na współpracę) oraz procedurę karną zakładającą domniemanie niewinności podczas sprawdzania prawdziwości tych oświadczeń.
Zerwano z zasadą, że osoba, którą najpierw otrzymała z Instytutu Pamięci Narodowej zaświadczenie, że figuruje w aktach SB jako informator, musiałaby wytaczać sprawę cywilną w sądzie, by udowodnić, że być może była jakimś źródłem informacji dla służb, ale na pewno świadomie z nimi nie współpracowała.
To np. przypadek wicepremier Zyty Gilowskiej, która w świetle październikowych przepisów mogłaby zostać uznana za osobowe źródło informacji, podczas gdy sąd, rozstrzygający jej sprawę jeszcze według wcześniejszych zasad - i przywróconych prezydencką nowelizacją - uznał, że jej oświadczenie było prawdziwe, bo o żadnej świadomej współpracy nie było mowy (oficer SB zeznał, że zarejestrował wicepremier jako tajnego współpracownika bez jej wiedzy). Teraz, gdy IPN uzna, że prawdziwość oświadczenia budzi wątpliwości, wezwie do złożenia dodatkowych wyjaśnień. Jeśli prokuratorzy pracujący w IPN uznają, iż wątpliwości nie zostały rozwiane, skierują sprawę do sądu, by rozstrzygnął, czy oświadczenie jest prawdziwe. Od wyroku można się odwołać do sądu II instancji. Kasację do Sądu Najwyższego mogą złożyć tylko minister sprawiedliwości oraz rzecznik praw obywatelskich.
Kłamcy lustracyjni automatycznie stracą pełnioną przez siebie funkcję publiczną i przez 10 lat nie będą mieli prawa wykonywania prac objętych lustracją. Prawnicy jeszcze dyskutują, w jakim trybie ta utrata funkcji ma następować, ale najprawdopodobniej będzie to zwolnienie dyscyplinarne, a więc bez odprawy i wypowiedzenia. Jeśli okaże się, że lustrowany kłamał w czasie postępowania sądowego, grozi mu od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. To bardzo istotna różnica w porównaniu z sytuacją "zwyczajnego" oskarżonego. Oskarżony w procesie karnym o jakieś przestępstwo może kłamać i nic mu za to nie grozi. Oskarżony o napisanie nieprawdy w oświadczeniu lustracyjnym musi mówić prawdę pod karą więzienia. Ciekawe, czy Trybunał Konstytucyjny zajmie się tą nierównością wobec prawa i znacznie surowszym traktowaniem w procesie osoby lustrowanej niż osoby sądzonej za przestępstwo z kodeksu karnego?
Lepiej się nie pomylić
Nowa ustawa znacznie rozszerzyła krąg lustracji. Podlegać jej będzie już nie 25-30 tys. osób, ale ok. 400 tys. To zresztą liczba mało realna, bo lustracja obejmie również liczną rzeszę pracowników samorządowych. Przykładowo w Warszawie w urzędzie miasta i jego służbach pracuje, jak mówi rzecznik stolicy, Tomasz Andryszczyk, około 5 tys. osób i na razie jeszcze nie ustalono, w jakim trybie zbierane będą od nich oświadczenia lustracyjne. Problem w tym, że niełatwo precyzyjnie określić, co to znaczy pracownik samorządowy. Wiadomo, portier pracujący w urzędzie miasta, którego zatrudnia firma ochroniarska, pracownikiem samorządowym nie jest. Ale czy taki sam portier, zatrudniany przez urząd miasta, jest już pracownikiem samorządowym? W każdym razie lustrowanych będzie znacznie więcej, niż się szacuje, bo w administracji publicznej (centralnej i terenowej) pracuje niemal pół miliona ludzi. A przecież zlustrować trzeba także np. osoby wykonujące zawody prawnicze, pracowników naukowych, szefów spółek państwowych, szefów związków sportowych, szefów mediów i dziennikarzy, dyrektorów szkół, wydawców, biegłych rewidentów, doradców podatkowych. W sumie - aż 52 grupy zawodowe, ale tylko tych, którzy nie korzystają z łaski późnego urodzenia i przyszli na świat przed 1 sierpnia 1972. Zainteresowanym warto poradzić, by dobrze sprawdzili, czy muszą złożyć oświadczenie, bo konsekwencje pomyłki mogą być poważne. Najlepiej zajrzeć do tekstu nowelizacji prezydenckiej (druk sejmowy nr 1258), która określa to bardzo dokładnie.
Komu warto ufać
Jedną z grup, która wcześniej nie podlegała lustracji, są notariusze. - Nie dyskutujemy z przepisami, jest ustawa, więc ją spełnimy, każdy notariusz złoży swe oświadczenie ministrowi sprawiedliwości. Musimy tylko uczulić naszych członków, by nie przegapili terminu, bo sankcje za to są takie jak za podanie nieprawdy w oświadczeniu. Jakaś racja w tych przepisach jest, bo to przecież zawód zaufania publicznego, choć oczywiście notariusz, który współpracował przed 1990 r., nie jest merytorycznie mniej sprawny od tego, który nie współpracował - podkreśla Lech Borzęcki, członek Krajowej Rady Notarialnej.
I, warto dodać, nie jest też gorszy od notariusza czy jakiegokolwiek innego pracownika objętego lustracją, który został współpracownikiem służb po 1990 r., więc nie musi się do tego przyznawać. Problem, czy w zawodach zaufania publicznego gorsza jest obecność byłych agentów sprzed 1990 r., czy aktualnych i czynnych agentów służb obecnych, nie tak łatwo rozstrzygnąć. Zawodem zaufania publicznego, który wcześniej nie podlegał lustracji (był natomiast objęty weryfikacją w stanie wojennym), jest także dziennikarstwo. Nie można było jednak twierdzić, że dziennikarze są ludźmi zaufania publicznego i właśnie dlatego mają być lustrowani, bo przecież wtedy obowiązkowi temu nie podlegaliby np. dziennikarze pisma "Fakt". Ustawodawca ostatecznie wybrał więc formułę pojemną, zapisaną w prawie prasowym z 1984 r.: dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych (przy czym materiałami prasowymi są też zdjęcia), niezależnie od tego, czy pozostaje w stosunku zatrudnienia czy też (co w dziennikarstwie coraz częstsze) została zmuszona przez pracodawcę do założenia własnej firmy.
Lustracja nie jest natomiast nowością dla sędziów, którzy byli nią objęci i pod rządami poprzednich przepisów. - Dla nas różnica polega na tym, że gdy wcześniej składaliśmy oświadczenie do biura Rzecznika Interesu Publicznego, nie dostawaliśmy żadnego potwierdzenia, że jest ono prawdziwe. Teraz mamy otrzymać taki dokument - mówi sędzia Wojciech Małek. 15 marca urząd Rzecznika Interesu Publicznego i Sąd Lustracyjny zostaną zlikwidowane. Sąd będzie funkcjonował jeszcze do chwili zakończenia toczących się postępowań. Ciężar całej lustracji spocznie na Instytucie Pamięci Narodowej, który staje się jedną z najważniejszych i najpotężniejszych instytucji w państwie.
Dziś w IPN pracuje ponad półtora tysiąca osób, ale ich liczba szybko wzrośnie. - W instytucie powstanie nowe biuro lustracyjne. Z naszych analiz wynika, że do jego sprawnego działania konieczne jest zatrudnienie stu prokuratorów i kilkuset pracowników merytorycznych oraz biurowych - przewiduje Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN. Oczywiście dotyczy to także placówek w terenie. - U nas również powstaje oddziałowe biuro lustracyjne, będą przyjęci nowi prokuratorzy i pracownicy merytoryczni, zwiększenie liczby zatrudnionych następuje nie tylko w Warszawie - dodaje naczelnik Eugeniusz Korneluk z oddziału IPN w Białymstoku.
Najważniejsze - nie spóźnić się
Już wkrótce do IPN trafią setki tysięcy oświadczeń lustracyjnych. Pracownicy składają je swoim szefom, oni zaś powinni przekazać je do instytutu. Ponieważ jednak pracodawcom nic nie grozi za niedopełnienie tego obowiązku, a pracownicy, gdy się spóźnią (terminy - w tabelce), mogą stracić pracę oraz prawo wykonywania zawodu na 10 lat, warto trzymać w domu kopię swego oświadczenia, z potwierdzeniem, iż oryginał został przekazany pracodawcy. Jeszcze pewniejszą drogą jest osobiste złożenie oświadczenia do IPN. Ustawa na to pozwala, choć mogą być kłopoty, gdy mieszkamy daleko od siedziby wojewódzkiego oddziału IPN.
Przestrzeganie terminów jest sprawą absolutnie najważniejszą. Opóźnienie w złożeniu oświadczenia lustracyjnego pociąga za sobą takie same konsekwencje jak kłamstwo. W istocie zaś skutki będą odczuwane jeszcze boleśniej, ponieważ nastąpią natychmiast. Gdy bowiem pojawią się podejrzenia co do prawdziwości oświadczenia, to sprawa trafi do sądu, zacznie się postępowanie mające wykazać, czy współpraca rzeczywiście została podjęta i czy była świadoma, będzie się można odwołać od niekorzystnego wyroku. Tymczasem, w przypadku opóźnień, nie będzie już o czym dyskutować, sprawa zostanie rozstrzygnięta natychmiast. Ten mechanizm będzie z całą bezwzględnością wykorzystywany przez PiS do odwetu na przeciwnikach oraz eliminowania ich z życia politycznego i zawodowego, co wykazały już przepisy o oświadczeniach majątkowych.
« powrót
boru - Nie Mar 18, 2007 10:09
ciekawi mnie teraz czy jeśli pojawiłyby się możliwości chipowania ludzi to pis by na to poszedł. z tego co pamiętam ktoś kiedyś tutaj informował, że o chipach vel obrożach dla więźniów wspominał oficjalnie tusk.
wszystko składałoby się logicznie, albowiem ja uznaję, że w sejemie nie ma rywalizacji partii i układów - to wszystko to jeden wielki teatr zaplanowany przez kogoś znacznie wyżej. toteż kaczyńscy i giertych to nie są dla mnie debile (?), ale osoby perfekcyjnie odgrywające swoje role. i np. oni już wystarczająco zrazili do siebie społeczeństwo, czego wyrazem są choćby pomysły tych ustaw, i platforma ma utorowaną drgę. sprzedadzą nam ten sam badziew, ale inaczej opakowany. tak czy siak zamieszki w Polsce w 2009 stają się coraz bardziej realne
Leszek - Nie Mar 18, 2007 13:38
Doskonale to wykoncypowałeś, Boru. Wszystkie nasze partie to jest jedna zupa i z tego samego kotła. Dlatego każde wybory to farsa, bo każda warząchew zupy, nawet brana z różnych części kotła, to ta sama kuroniówa, podawana w coraz to innych talerzach i każdy łyk tej samej zupy kończy się jak zwykle rozwolnieniem.
Blue - Nie Mar 18, 2007 15:25
Chcemy budować IV RP - oświadczył premier Jarosław Kaczyński podczas niedzielnej konwencji programowej PiS w Warszawie.
dalej »
- Chcemy budować IV RP, chcemy wyeliminować z naszego życia te mechanizmy, które de facto, nie dzięki przepisom, ale w praktyce w sposób niedobry, szkodliwy, patologiczny regulują nasze życie publiczne, gospodarcze, społeczne, godząc w polską demokrację, godząc w praworządność i interesy milionów Polaków. Godząc w polskie perspektywy, polską przeszłość - podkreślił premier.
Premier Jarosław Kaczyński powiedział w niedzielę na konwencji klubu PiS w Warszawie, że w Polsce ruszyło oczyszczenie, które będzie trwać.
Szef rządu zapewnił, że nie oznacza to, iż wszystko zostało zrobione, że teraz można już tylko czekać na wyniki pracy prokuratury, CBA, ABW i innych służb państwowych. - Trzeba będzie jeszcze niejedną sprawę załatwić w parlamencie, ale ten proces idzie ku dobremu - podkreślił J. Kaczyński.
Obecnie - mówił premier - nadszedł czas, by skoncentrować uwagę opinii publicznej na podjętych przez rząd działaniach. - (One) zostały podjęte, ale umykają uwadze opinii publicznej. Często także przez nas samych nie są dostatecznie zauważalne - argumentował.
J. Kaczyński ocenił, że PiS działa w trudnej sytuacji, wśród ataków, wśród swojego rodzaju burzy, która nieustannie trwa w naszym życiu publicznym. Zdaniem premiera, przedmiotem szczególnie gwałtownego i złośliwego ataku jest prowadzona przez rząd PiS polityka zagraniczna.
- Ten atak ma swoje przyczyny. Z jednej strony naruszono interesy tych, którzy do tej pory mieli monopol na tą politykę, z drugiej - wywołano aktywność tych lobby działających w Polsce, które dbały o to, żeby Polska nie broniła swoich interesów, by nie robiła innym kłopotów. Po trzecie - działa ciągle w Polsce bardzo mocno symbol niewoli narodowej, społecznej - podkreślił szef rządu.
Premier zapowiedział, że rząd tworzony przez PiS nie będzie uprawiał polityki "klientyzmu", lecz politykę, która dąży do realizacji naszych dobrych celów.
(PAP)
Blue - Wto Mar 20, 2007 07:41
Podatek wzrośnie dziesięciokrotnie
19.03.2007 13:49
/ INTERIA.PL
Zdaniem "Rzeczpospolitej", na wprowadzenie podatku katastralnego potrzeba ok trzech lat. Ten okres ma umożliwić dokonanie powszechnej wyceny wszystkich nieruchomości. Dopiero potem za pomocą dobranej "nieruchomości wzorcowej" dla danej gminy będą wyceniane budynki, mieszkania lokale czy grunty.
Podstawą opodatkowania byłaby wartość katastralna, zbliżona do wartości rynkowej.
Ministerstwo Finansów nie potrafi określić, kiedy zostanie wprowadzony podatek katastralny. Kluczem do jego wprowadzenia jest rejestr cen i wartości nieruchomości. Polska miała wprowadzić go w 2010 r., jednak nadal nie ma rejestru danych o gruntach i budynkach oraz o ich właścicielach czy władających nieruchomościami.
Obecnie mamy podatek od nieruchomości, który liczony jest od metra kwadratowego gruntu oraz budynku.
W projektach podatku katastralnego przyjmowano wcześniej, że stawki były od 0,2 przez 0,6 do 1 proc. wartości nieruchomości. Właściciel wartego 150 tys. zł mieszkania o powierzchni 30 mkw. w centrum miasta płaci dziś rocznie około 30 zł podatku. Gdyby wprowadzono najniższy próg podatku katastralnego, obciążenie roczne wzrosłoby dziesięciokrotnie - do 300 zł.
W starej UE właściciele gruntów czy nieruchomości płacą podatek katastralny, mierzony od wartości gruntu czy budynków i dochodu podatnika. Podatek katastralny najdłużej istnieje w Wielkiej Brytanii (wynosi średnio 1 proc. wartości nieruchomości).
Wśród nowej "10" najszybciej kataster wprowadziła Estonia (0,1 do 2,5 proc.).
(INTERIA.PL/Rzeczpospolita)
Blue - Wto Mar 20, 2007 16:41
Za mocno przykręcili śrubę?
Obywatelski ruch nieposłuszeństwa
Wykształciuchy mówią NIE
Widmo krąży po Polsce, widmo obywatelskiego nieposłuszeństwa. Protest przeciwko nowej ustawie lustracyjnej – umówmy się: w gruncie rzeczy dość delikatny, taki wykształciuchowaty – władza odebrała niczym bunt w Kronsztadzie. Przeciwko grupie dziennikarzy, którzy oświadczyli, że nie wypełnią deklaracji lustracyjnych, wytoczono działa.
Opluto ich w przychylnych rządowi mediach, politycy PiS grożą niepokornym konsekwencjami. To niemądra reakcja – bo do "buntowników” dołączają inni. Z każdym dniem rośnie również ferment na wyższych uczelniach. Kolejni profesorowie, naukowcy z najwyższej półki, ogłaszają, że deklaracji lustracyjnej nie wypełnią. Zbierają się kolejne rady wydziałów i kolegia redakcyjne. Tak oto władza sprokurowała sobie problem.
Pisaliśmy o tym już tydzień temu, więc tylko gwoli przypomnienia: wszystko zaczęło się od tego, że kilku dziennikarzy, m.in. Ewa Milewicz z "Gazety Wyborczej", Wojciech Mazowiecki i Piotr Najsztub z "Przekroju" i Jacek Żakowski z "Polityki", ogłosiło, że nie podpiszą deklaracji lustracyjnych, które nakłada na nich nowa ustawa. Zresztą z różnych powodów.
Ich argumenty można z grubsza podzielić na trzy kategorie. Po pierwsze, ustawa ich poniża, bo każe im tłumaczyć się przed państwowymi urzędnikami, że nie byli w przeszłości łobuzami. I to ci państwowi urzędnicy będą w tym przypadku sędziami. Po drugie, ustawa nie ma logicznego uzasadnienia – bo skoro zakłada, że IPN ma opublikować listę informatorów SB, to i tak wszyscy niedługo się dowiedzą, kto donosił, a kto nie. Po trzecie wreszcie, ustawa narusza kanon państwa demokratycznego – zasadę niezależności dziennikarskiej. Bo w żadnym demokratycznym kraju nie można nikogo ukarać zakazem publikacji, zakazem wypowiadania się, a taką karę przewiduje nowe prawo dla tych, którzy deklaracji nie złożą. Jest więc praktycznie pewne, że Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje kontrowersyjne zapisy ustawy. Protestujący przypominali również, że prawo do kwestionowania ustaw, które zdaniem obywateli naruszają obywatelskie wolności i są niesprawiedliwe, należy do kanonu demokracji. Instytucja "obywatelskiego nieposłuszeństwa" jest na Zachodzie czymś oczywistym. Argumenty protestujących brzmią więc poważnie, a fakt, że kwestionowana ustawa znalazła się w Trybunale Konstytucyjnym, gdzie będzie niedługo rozpatrywana, dodatkowo je wzmacnia. Mądra władza poczekałaby więc do orzeczenia Trybunału.
Tymczasem protestujących, i ze strony władzy, i ze strony sprzyjających władzy publicystów, spotkały ataki i wyzwiska. "Postawili się ponad prawem", ogłosił na pierwszej stronie PiS-owski "Dziennik". A publicysta tego pisma, Piotr Zaremba, napisał, że "przypominają oni bardziej zblazowane gwiazdy rockowe, które ostentacyjnie paliły trawkę czy wszczynały burdy pewne bezkarności i nazywały to buntem". "Protestują dziennikarskie primadonny", dodawał "Dziennik", cytując słowa posła PO, Pawła Śpiewaka. Protestującym dziennikarzom przypięto więc, w manierze głębokiego PRL, łatkę "wichrzycieli", "bananowej młodzieży" i tych, "którym ustrój się nie podoba". Co lepiej charakteryzuje przypinających niż tych, których tak niemądrymi słowami oskarżano.
Protest się rozszerza
"Odpór" PiS-owskich mediów nie na wiele się zdał, bo antylustracyjny protest zaczął się rozszerzać na całą Polskę i na inne środowiska. Przede wszystkim bunt podniosły ośrodki uniwersyteckie. Uniwersytety Warszawski, Jagielloński, Wrocławski, Łódzki, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, z następnych ośrodków akademickich zaczęły napływać informacje, że kolejni profesorowie odmówią podpisania deklaracji lustracyjnej. "Gazeta Wyborcza" utworzyła stronę internetową poświęconą lustracji. Możemy dowiedzieć się z niej, jakie grupy będą podlegać lustracji, prześledzić debatę, poznać komentarze prawników. No i przeczytać wypowiedzi kolejnych profesorów i pracowników naukowych z całej Polski. Oto ich garść:
Prof. Jan Miodek (UWr): "Zgotujemy sobie piekło".
Prof. Aleksander Labuda (UWr): "Ta cała akcja jest dla mnie czymś nieprzyzwoitym. Poddanie się procedurze lustracyjnej uwłacza mojej godności". Dr Wojciech Baluch (UJ): "To wzajemne wyniszczanie".
Prof. Elżbieta Kałuszyńska, Instytut Filozofii UWM, Olsztyn: "Pewnie, że chciałabym dalej pracować jako nauczyciel akademicki, ale nie tym kosztem, nie kosztem utraty twarzy przed studentami. Dlatego nie złożę »lojalki«". "Poczekajmy z tą lustracją", poloniści z UAM apelują do władz uczelni. Podobnych wypowiedzi przybywa z każdym dniem.
Odmawiających nie przekonuje argument, że podpisanie deklaracji to nic wielkiego i nie boli, że niewinny nie ma powodu do strachu itd. I słusznie, bo dobrze wiemy, że nie o lustrację w tym wszystkim chodzi. A o co?
Legną autorytety
Odpowiedzi udzielili już liderzy rządzącej koalicji – o spacyfikowanie wykształciuchów, środowisk niewygodnych. Spacyfikowanie strachem, szczuciem jednych na drugich.
Rok temu, podczas debaty lustracyjnej w Sejmie Roman Giertych mówił otwarcie, po co mu zwycięska wojna o teczki, o IPN i lustrację. "Po ujawnieniu prawdy autorytety okażą się karykaturami". Tylko o jaką prawdę Giertychowi chodzi? Jeszcze dobitniej cele lustracji dziennikarzy i naukowców określił Jarosław Kaczyński w Programie I Radia: "Grupa ludzi, w tym wypadku są to dziennikarze, ale sądzę, że grupa jest znacznie szersza, zresztą wśród tych, którzy wystąpili, są także niedziennikarze, grupa ludzi, która uznała, że ich prawo nie obowiązuje, która uważała się za elitę i w tej chwili można powiedzieć ostatecznie oświadczyła: »Tak, jesteśmy elitą i nas prawo nie dotyczy. Prawo jest dla innych, a my możemy sami decydować, czy prawo obowiązuje, czy też nie obowiązuje«. No i to jest zjawisko rzeczywiście w najwyższym stopniu szkodliwe. Otóż rzeczywiście po roku 1989 ukształtowała się w Polsce grupa, która panuje, tak to można by określić. Niekoniecznie rządzi, ale ma bardzo dużą społeczną przewagę i która uważa, że reguły życia społecznego, także te prawne, w gruncie rzeczy jej nie dotyczą właśnie dlatego, że ona jest grupą panującą. Z tym musimy walczyć, i to musimy walczyć bardzo zdecydowanie". Kaczyński expressis verbis więc stwierdził, że jego celem jest walka (i to "bardzo zdecydowana") z tymi środowiskami, które dysponują niezależnym od władzy (czyli od niego) autorytetem. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdanie tej wypowiedzi – otóż Kaczyński określił popularnych i wpływowych publicystów mianem "grupy panującej". Z kolei kilka tygodni temu w jednej z relacji prasowych dotyczącej którejś z narad PiS cytowano premiera, który narzekał, że rządzenie to za mało, że chciałby panować. A jeszcze nie panuje. Ta krótka wypowiedź pokazuje zamiary Kaczyńskiego oraz to, kogo uważa on za swojego głównego wroga – niezależne od niego środowiska, cieszących się autorytetem naukowców i dziennikarzy. Którzy mogą go skrytykować, mogą wyciągnąć niewygodne dla niego sprawy, mogą prezentować inne opinie, niż on by chciał.
Premier chciałby panować nad naszymi myślami, chciałby, żebyśmy wszyscy wierzyli w układ, w spiski, w to wszystko, co nam opowiada, w tę całą PiS-owską propagandę, i bardzo złości go, że mu się nie udaje. I to jest praprzyczyna obecnej wojny. Kaczyński wszelkimi dostępnymi mu środkami próbuje spacyfikować niepokorne wobec niego środowiska. Takim granatem miał być raport WSI. Raport okazał się lipą i kompromitacją, mimo że przymilni władzy dziennikarze na głowach stawali, by udowadniać, jaką grozę opisał. Więc kolejnym młotem władzy ma być lustracja.
Kazus Przewoźnika
Bo w tej grze fakt, czy ktoś był współpracownikiem SB, czy też nie był, ma drugorzędne znaczenie. Pisaliśmy już o tym rok temu, gdy omawialiśmy PiS-owskie projekty lustracyjne, przypominając, jak wykończono IPN-owskimi kwitami Andrzeja Przewoźnika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. "Latem 2005 r. Przewoźnik zdecydował się kandydować na szefa IPN. I nagle w mediach ukazała się informacja, że był agentem SB. Na jakiej podstawie? Otóż z krakowskiego oddziału IPN do mediów wyszła (ciekawe, na czyich nogach...) notatka byłego kaprala SB, który napisał w niej, że Przewoźnik był jego agentem. Ta notatka zablokowała Przewoźnikowi drogę do IPN. Sprawa trafiła do Sądu Lustracyjnego. I sąd ustalił, że kapral świadomie napisał w notatce nieprawdę, bo chciał dostać się do pracy w policji. Kapral przyznał się do tego przed sądem. »Nie ma żadnego dokumentu, że Andrzej Przewoźnik zgodził się na współpracę z SB, nie ma też dowodu, że dostarczał informacji. Nie ma żadnych elementów, które pozwalałyby stwierdzić, że był tajnym i świadomym współpracownikiem SB«, konkludował sąd w orzeczeniu.
Niestety, za późno, bo Przewoźnika oskarżono w lipcu, a sąd wydał wyrok pod koniec listopada. Przez cztery miesiące był »człowiekiem, którego nie ma«. A i tak może mówić o szczęściu, bo jego sprawa była rozpatrywana przez Sąd Lustracyjny. Kazus Przewoźnika dowodzi niezbicie, jak wykańczano ludzi IPN-owskimi kwitami, manipulując nimi. I że teraz, gdy zlikwidowany zostanie Sąd Lustracyjny, łatwość »gry kwitami« zwiększy się niepomiernie.
Ci, którzy pracują w IPN, oraz ich polityczni patroni uzyskają olbrzymią władzę". O tym, że kazus Przewoźnika jest raczej normą niż wyjątkiem, świadczą inne historie. I tak Andrzej Grajewski miał zostać szefem Wywiadu Wojskowego, gdy nagle wyciekły informacje, że był współpracownikiem WSI. Zanim je sprawdzono, nominacja przeszła mu koło nosa. Nie tak dawno odchodzący rzecznik interesu publicznego oficjalnie powiedział, że IPN utrudniał mu pracę, chowając przed nim dokumenty. I że z tego powodu nie mógł zlustrować m.in. kilkudziesięciu urzędników obecnego rządu. Bo obecny system, o czym warto napomknąć, lustrację przekazuje w ręce władzy. Władza bowiem może, absolutnie legalnie, utajnić teczkę każdego, a decyzja o utajnieniu ma również status tajnej. W ten sposób władza może chronić swoich agentów. I zarazem oskarżać swoich przeciwników o agenturalność.
Możliwość gry teczkami i pomówieniami daje więc obozowi rządzącemu olbrzymią władzę.
Nad obywatelami. Sprzeciw części środowiska dziennikarskiego może spowodować, że będzie jej miała mniej.
Zła władza
Na ile ten sprzeciw będzie skuteczny? Pisaliśmy już o tym tydzień temu – wszystko zależy od tego, z jakim spotka się odzewem. Reakcja władzy jest tu drugorzędna. Z wypowiedzi jej przedstawicieli wynika, że akcja nieposłuszeństwa obywatelskiego traktowana jest jako bunt, jako akcja, której celem jest powołanie do życia jakiegoś ruchu politycznego. Bardziej to świadczy o władzy, o tym, co jej się gotuje w głowie, niż o protestujących dziennikarzach i naukowcach.
Oczywiście, tak czy inaczej, ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa będzie miał swoje konsekwencje polityczne. W dużym stopniu już odbudował więzy między różnymi środowiskami, pokazał te środowiska innym, ośmielił ludzi do mówienia, stworzył niezależną od PiS-owskich majstrów od propagandy przestrzeń debaty publicznej. W której pojawiają się takie określania jak godność, niezależność od państwa i jego urzędników, zasada domniemania niewinności, zasada wzajemnego zaufania. Ludzie, przytłoczeni lawiną haseł o IV RP, o układzie, agentach, narodowych interesach, odkryli, że można inaczej.
W szerszej perspektywie, ruch antylustracyjny będzie kosztował PiS więcej niż taśmy Beger czy ekscesy Giertycha. O panowaniu nad wykształciuchami Wielki Strateg może już zapomnieć.
http://wiadomosci.onet.pl...7,kioskart.html
xami - Sro Mar 21, 2007 17:56
Podatnicy zrobieni w trąbę
Piotr Skwirowski
Kilka lat temu rządzący zawarli z podatnikami coś na kształt niepisanej umowy - będziemy likwidować ulgi, w zamian za to dostaniecie niższe podatki. Ulg nie ma, zamiast niższych podatków są coraz to nowe obietnice obniżek... w przyszłości.
- Najpierw trzeba zlikwidować ulgi i uporządkować przepisy, potem przyjdzie pora na obniżanie stawek - taką wizją zmian w podatkach kolejne rządy przez lata mydliły nam oczy. I cięły ulgi.
Od AWS do SLD
Zaczęło się już pod koniec lat 90. zeszłego stulecia. Wtedy jednak to jeszcze nie wyglądało tak źle dla podatników - znikały pojedyncze ulgi, zmienił się też system odliczeń, np. ulgę budowlaną odpisywaną od dochodu zastąpił odpis od podatku. Na poważnie do ostrej redukcji przymierzył się dopiero AWS, który w 2001 r. przygotował projekt reformy podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT). Zakładał on m.in.: stopniowe obniżanie stawek podatkowych do 17 i 34 proc. docelowo w 2005 r., poprzedzone likwidacją większości ulg i znacznej części zwolnień podatkowych i zniesieniem możliwości wspólnego opodatkowywania dochodów przez małżonków i rodziny niepełne. Ostatecznie ten plan nie wszedł w życie, bo AWS przegrał wybory.
W podatkach zaczęło dłubać SLD, filozofia tego dłubania się jednak nie zmieniła. Straciliśmy ulgi budowlaną i na leczenie. Zamrożono progi podatkowe, jak się potem okazało, na wiele lat. Od tamtej pory co roku coś traciliśmy, inaczej mówiąc, podatki powoli rosły.
Kolejny ważny krok też należał do SLD - od 2004 r. zaczęła znikać ulga remontowa. Zdecydowanie najpopularniejsza z ulg i jednocześnie najkosztowniejsza z punktu widzenia budżetu (w zeszłym roku fiskus musiał zwrócić podatnikom korzystającym z ulgi remontowej 3,5 mld zł). Niemal w tym samym czasie resort finansów przygotował "Strategię podatkową", która "tempo dochodzenia do stawek docelowych" (w dokumencie nie określono ich wysokości) uzależniała od wygasania ulg i zwolnień. Podatki miały spaść, gdy budżet przestanie odczuwać skutki najdroższej z ulg - remontowej. Przestał odczuwać z początkiem 2007 r., bo podatnicy korzystali z ulgi do końca 2005 r., a na początku 2006 r. po raz ostatni uwzględniali ją w rozliczeniach rocznych i wtedy też fiskus musiał po raz ostatni zwracać pieniądze podatnikom odpisującym remont.
Co dotąd zrobił PiS?
Zgodnie z umową podatki powinny więc spaść od 2007 r. I kiedy PiS obiecywał to w kampanii wyborczej wydawało się, że realizacja umowy państwa z podatnikami nie jest zagrożona. Niestety, obniżki się nie doczekaliśmy (nie jest nią odmrożenie progów podatkowych i kwoty wolnej od podatku, bo dzięki niemu zahamowano tylko coroczną ukrytą podwyżkę podatków).
Rząd zasypuje nas za to coraz to nowymi obietnicami obniżek. Zamiast obecnych stawek PIT: 19, 30 i 40 proc., mamy mieć więc dwie stawki 18 i 32 proc. Do tego znacznie niższą niż dziś składkę na ubezpieczenie rentowe, która ma spaść najpierw o 3 pkt. proc., a zaraz potem o kolejne 4 pkt. Mocno mają wzrosnąć podatkowe ulgi na dzieci, choć tak naprawdę jeszcze nie zaczęliśmy z nich korzystać, bo po raz pierwszy będzie je można odliczyć dopiero w czasie rozliczeń z fiskusem z podatku za 2007 r. No i wreszcie najświeższa sprawa - podobno mógłby zniknąć tzw. podatek Belki płacony od dochodów z giełdy i lokat bankowych.
Sporo tego. Niestety, obietnice te, choć bardzo różne, mają pewne cechy wspólne.
Przede wszystkim więc większość z nich ma być zrealizowana w dość odległej przyszłości. Najdalsza z nich sięga 2013 r., kiedy to kwota odpisu podatkowego przysługującego na każde dziecko ma podskoczyć do docelowych 500 zł. Po drodze jest 2009 r., czyli data wprowadzenia dwóch stawek PIT, oraz lata 2009-10, czyli teoretyczny termin zniesienia podatku Belki.
Kolejną wspólną cechą obietnic jest ich cena. Niezwykle wysoka z punktu widzenia budżetu państwa. Gdybyśmy bowiem zsumowali koszty wszystkich zapowiadanych obniżek, ulg i zniesień, otrzymamy astronomiczną kwotę niemal 30 mld zł (7 mld zł obniżka stawek PIT, 20 mld zł obniżka składek na ubezpieczenia społeczne, prawie 1 mld zł likwidacja podatku Belki i przeszło 2 mld zł wprowadzenie ulgi na dzieci w docelowej wysokości 500 zł). Rocznie. Toż to więcej niż zeszłoroczny deficyt budżetowy. Po drugiej stronie są pieniądze ze zniesionych ulg - kilka miliardów złotych. O innych oszczędnościach na razie tylko się mówi. Zapowiadana od dawna likwidacja agencji i funduszy celowych idzie jak po grudzie. O obiecywanym "Tanim państwie" można zapomnieć - administracja miast się kurczyć, rośnie w najlepsze, a stanowiska w urzędach państwowych mnożą się jak norki. Śladów porządkowania finansów państwa nie wykryłby nawet Sherlock Holmes. Gołym okiem więc widać, że na wszystkie obiecywane obniżki po prostu nas nie stać. Bo nawet jeśli część z nich ma być rozłożona w czasie, w końcu nadejdzie moment, w którym skutki budżetowe poszczególnych zmian się skumulują.
Być może dlatego większość obietnic (to ich kolejna wspólna cecha) ma wirtualny charakter. Nie ma ich w projektach ustaw, nawet jeśli, jak obniżka składki na ubezpieczenie rentowe o 3 pkt proc., mają wejść w życie za nieco ponad trzy miesiące. Są na sztandarach rządzących. I pewnie tam zostaną. A umowa z podatnikami? Cóż, parafrazując Gombrowicza, można powiedzieć: "koniec i bomba, kto wierzył, ten trąba".
http://gospodarka.gazeta....11,3996122.html
Blue - Czw Mar 22, 2007 07:21
Wprawdzie to nie ustawa, ale wydarzenie dobrze oddaje klimat naszych czasów.
"Gazeta Wyborcza": Ministerstwo Edukacji Narodowej nakazało kuratorom, żeby sprawdzili, czy uczniowie, nauczyciele i rodzice są zmuszani do udziału w akcjach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
E-maile z poleceniem ministerstwa dolnośląskie kuratorium oświaty rozesłało do szkół w poniedziałek: - W związku z pismem MEN-u w sprawie napływających sygnałów na temat wywierania presji na uczniów, nauczycieli i rodziców, aby uczestniczyli w różnego typu akcjach charytatywnych, w tym również w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, uprzejmie proszę o przekazanie informacji, czy w Państwa placówkach wystąpiły sytuacje wskazujące nieprawidłowości w tym zakresie - czytamy.
Dyrektorzy szkół mają zgłaszać te informacje w kuratoriach do końca tygodnia. Kto i jak miałby wywierać presję - nie wiadomo. - Polecenie wykonujemy, a o jego interpretację proszę mnie nie pytać. Resort tego nie wyjaśnia. Prosi jedynie, by sprawdzić, czy takie przypadki miały miejsce - mówi dziennikowi Janina Jakubowska z dolnośląskiego kuratorium. Zapewnia, że do tej pory żadnych sygnałów o presji nie było. Dyrektorzy szkół też o nich nie słyszeli. Są zdziwieni.
- Nikogo nie zmuszamy, nie namawiamy. Dzieci same się umawiają i bardzo chcą to robić - mówi dyrektorka Gimnazjum nr 23 we Wrocławiu Jadwiga Żakowska. - Do tej pory to był plus dla ucznia, że angażuje się w działalność społeczną - podkreśla.
Wicedyrektorka Gimnazjum nr 2 Danuta Serafinowicz dodaje: - Orkiestra jest w niedzielę, a wtedy dzieci są pod opieką rodziców. Szkoła nie ma tu nic do gadania.
Anna Żdan z biura prasowego MEN długo szukała odpowiedzialnego za polecenie. W końcu ustaliła, że wyszło z Departamentu Młodzieży i Wychowania. - Dostajemy listy od rodziców, od nauczycieli, a nawet od samych dzieci, że były zmuszane do udziału w Orkiestrze - wyjaśnia. - Kuratorzy w ramach nadzoru pedagogicznego mają zbadać, czy uczniowie są werbowani - dodaje.
Jerzy Owsiak mówi "Gazecie Wyborczej": - Jest pełna dobrowolność. Fundacja dostaje zgłoszenia od chętnych do zorganizowania Finału Orkiestry. Zapraszamy też szkoły do udziału w programie "Ratujemy i uczymy ratować". Przeszkoliliśmy już prawie pięć tysięcy nauczycieli. Nie spotkaliśmy się z zarzutami ze strony szkół, rodziców czy uczniów, że wywieramy presję.
Blue - Czw Mar 22, 2007 07:33
Lista świąt, które obejmie zakaz handlu
"Metro": Posłowie PiS wytypowali 12 świąt państwowych i kościelnych, które obejmie ustawowy zakaz handlu. Ustawę poprze Samoobrona i LPR - zapowiada "Metro".
Już wkrótce politycy zabronią sprzedawcom otwierania sklepów w wybrane uroczystości państwowe i kościelne. Zakaz będzie dotyczył wszystkich sklepów. Czynne będą mogły być jedynie stacje benzynowe, apteki, hotele oraz restauracje.
Lista świąt objętych zakazem jest już gotowa. Z kalendarza zakupów wykreślą nam w sumie prawie dwa tygodnie. - To dni, które są ważne w polskiej tradycji i kulturze. A wtedy Polacy powinni świętować, a nie kupować - twierdzi autor projektu nowelizacji kodeksu pracy, który właśnie trafił do Sejmu, poseł Stanisław Szwed z PiS. Parlamentarzyści zajmą się tą sprawą już na początku kwietnia - czytamy w dzienniku. Pomysł przejdzie, bo poparcie już deklaruje LPR i Samoobrona. - Poprzemy te rozwiązania, bo są w miarę dobre - mówi poseł Samoobrony Waldemar Nowakowski. Choć jego partyjni koledzy będą się starali jeszcze przeforsować objęcie zakazem Wigilii (24 grudnia) i Święto Trzech Króli (6 stycznia) lub dodatkowo wybranych niedziel.
LPR będzie podsuwać zapis zakazu handlu we wszystkie niedziele. - Tych świętych dni, kiedy nie wolno sprzedawać, zwłaszcza w hipermarketach, powinno być więcej - uważa Szymon Pawłowski z LPR.
Odgórny zakaz handlu dziwi konsumentów - czytamy w gazecie. - To, czy w święto pójdziemy do kościoła, do parku, czy do centrum handlowego, zależy od naszego sumienia. Politycy nie powinni nas ograniczać - uważa projektantka mody Ewa Minge, która często robi zakupy w dni świąteczne.
Adam Ambrozik z Konfederacji Pracodawców Polskich dodaje, że nowe przepisy znacznie ograniczają swobodę gospodarczą. - To właściciel powinien decydować, kiedy otwiera sklep, a kiedy nie - podkreśla.
Eksperci szacują, że jeśli nowe przepisy wejdą w życie, to pracę w handlu może stracić od 18 tys. do 27 tys. Polaków. Głównie młodzi, bo to oni najczęściej podejmują dodatkową pracę w sklepach w okresie świąt.
"Metro" informuje, że przepis ma wejść w życie najpóźniej pod koniec maja.
Blue - Czw Mar 22, 2007 07:37
W "Super Expressie" czytamy, że :
internetowi chuligani obrzucają Lecha Kaczyńskiego i innych wysokich urzędników epitetami, od których uszy więdną.
Hakerzy długo byli bezkarni, bo bulwersującą sprawą nikt się nie interesował. Z odsieczą prezydentowi spieszą posłowie PiS.
- Obrażanie głowy państwa jest karygodne. Tu nie chodzi o przekonania polityczne, a o poszanowanie instytucji prezydenta i dobre wychowanie. Dlatego przekażę sprawę ministrowi sprawiedliwości - zdradza Tomasz Górski z PiS. List jest już gotowy i trafi do Zbigniewa Ziobry jutro.
Sercem internetu jest przeglądarka Google, czyli wirtualny katalog, który wyszukuje interesujące nas strony - pisze dziennik. Wpisując do niej słowo "prezydent" pojawia się odnośnik do strony Lecha Kaczyńskiego, www.prezydent.pl. Niestety atak komputerowych cwaniaków zakłócił działanie Google.
W internecie aż roi się od akcji mających na celu obrażanie polityków. W efekcie wpisując wulgaryzmy zaczynające się na "ch" i "k" internauta zamiast znaleźć słownik epitetów, ląduje na stronie... prezydenta.
To nie koniec skandalu - podkreśla gazeta. "Idiota" i zdrobniała forma od "ch..." gwarantuje nam odwiedziny na stronie Kazimierza Marcinkiewicza. Wpisując "debil" znajdujemy się na stronach wicepremiera Romana Giertycha i posła PiS - Tadeusza Cymańskiego. Chcąc bliżej poznać posła LPR Wojciecha Wierzejskiego, wystarczy wpisać "p...", czyli obraźliwe określenie homoseksualisty - podaje przykłady "SE".
"Pragnę zapoznać Pana Ministra z szokującymi informacjami dotyczącymi publicznego znieważania Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz innych wysokich urzędników państwowych" - rozpoczyna swój list do Zbigniewa Ziobry poseł Górski.
"W związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa zwracam się z prośbą, aby Pan Minister, jako Prokurator Generalny, wszczął z urzędu postępowanie w tej bulwersującej sprawie. Mniemam, że organy państwowe posiadają środki, aby po pierwsze - usunąć błędy szkalujące m.in. Głowę Państwa, a po drugie - ukarać winnych" - kontynuuje apel poseł PiS.
Pismo posła Górskiego niedługo trafi na biurko ministra sprawiedliwości - zapowiada "Super Express".
Blue - Czw Mar 22, 2007 07:51
Liga Polskich Rodzin zastanawia się czy nie zażądać, by Polska wypowiedziała ratyfikację Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Dlaczego? Bo właśnie w oparciu o tę konwencję działa Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. A to on przyznał we wtorek rację Alicji Tysiąc, Polce, która poskarżyła się na państwo polskie, bo lekarz odmówił jej aborcji, choć wiedział, że ciąża zagraża jej zdrowiu. Trybunał zasądził odszkodowanie na rzecz Alicji Tysiąc od Polski.
Tak radykalne stanowisko LPR w tej sprawie ogłosił we wtorek poseł tej partii Szymon Pawłowski. Uznał wyrok Trybunału w sprawie Tysiąc za "haniebny i skandaliczny". Zapowiedział, że oficjalne stanowisko LPR przyjmie w środę.
Blue - Czw Mar 22, 2007 07:58
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przygotowało dwa projekty ustaw, które w sposób radykalny zwiększą uprawnienia strażników miejskich - zapowiada "Gazeta Prawna".
dalej »
Jedną z proponowanych nowelizacji jest prawo o ruchu drogowym, a drugą są zmiany w ustawie o strażach gminnych.
Jeżeli przepisy wejdą w życie, strażnicy będą mogli rejestrować wykroczenia kierowców za pomocą tzw. fotoradarów. Druga zmiana sprawi, że funkcjonariusze tej służby będą mogli dokonywać rewizji, przeszukań pomieszczeń. Przy wspólnych działaniach z policją mają zostać wyposażeni nawet w broń palną - czytamy w dzienniku.
Blue - Czw Mar 22, 2007 08:01
Moglibyśmy mniej płacić za gaz, gdyby Ministerstwo Gospodarki wydało rozporządzenie w sprawie ustalania taryf, twierdzi "Trybuna".Gazeta pisze, że w nasze rachunki nie powinny być wliczane koszty transportu surowca. Tak stanowi znowelizowane w roku 2005 prawo energetyczne, które jest zgodne z wytycznymi Unii. Prawo jednak nie działa, bo resort gospodarki nie wydał aktu wykonawczego. Kilkakrotnie informowano, że stanie się to tuż, tuż, a potem sprawa ucichła.
Gazu zużywamy mniej niż przed rokiem, a płacimy więcej. Nie jest to jednak tylko skutek wysokich cen tego paliwa. Prawie połowę rachunku stanowią różne opłaty stałe i zmienne za dostarczanie gazu do naszych domów oraz podatek VAT.
Tego co zapłaciliśmy za przesyłanie na gazu, a czego mogliśmy uniknąć, nikt nam nie zwróci, pisze "Trybuna". Jeżeli Ministerstwo Gospodarki w dalszym ciągu będzie zwlekać z wydaniem rozporządzenia, stracimy jeszcze więcej, konkluduje gazeta.
Jakub - Czw Mar 22, 2007 08:01
Niestety ale co do obrażania głowy państwa, to uważam, że rzeczywiście media w Polsce dawno już zatraciły poczucie dobrego smaku, i humoru. To co jest mówione i pisane w każdym normalnym państwie spotkało by się z reakcją organów ścigania. Demokracja nie może polegać na lżeniu głowy państwa. W każdym normalnym państwie załatwia sie takie sprawy za pomocą kartki wyborczej, a nie używając obraźliwych epitetów.
Blue - Czw Mar 22, 2007 08:04
Gazeta Wyborcza: Prawnicy biją na alarm
2007-03-20 06:43
Demokracja jest zagrożona. Rządzące partie polityczne psują prawo, podważają autorytet sądów, zawłaszczają kolejne instytucje państwowe - wylicza "Gazeta Wyborcza" tezy protestu elity warszawskich prawników.
"Uchwałę w sprawie zagrożeń dla demokratycznego państwa prawnego" podjęła wczoraj w południe Rada Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Tak mocnego głosu protestu prawników przeciw praktyce rządzących jeszcze nie było - akcentuje gazeta.
Co było języczkiem u wagi przesądzającym o wystąpieniu prawników? Dziekan wydziału prawa prof. Tadeusz Tomaszewski powiedział "GW", że przesądziły wypowiedzi ministra sprawiedliwości po zatrzymaniu dr. Mirosława G., kardiochirurga ze szpitala MSWiA. Został publicznie przez ministra Zbigniewa Ziobrę skazany bez wyroku. - To się nie mieści w standardach prawniczego myślenia - dodaje dziekan.
Warszawscy profesorowie wypowiedzieli się też w sprawie lustracji. - Chodziło o wskazanie wątpliwości natury konstytucyjnej - mówi gazecie profesor Tomaszewski. Według niego, prawnicy zwrócili uwagę m.in. na zbyt szeroki zakres lustracji, naruszenie zasady wolności słowa i mediów, naruszenie prawa do rzetelnego procesu oraz niebezpieczeństwo stronniczości IPN.
W odpowiedzi, resort sprawiedliwości przedstawił stanowisko, przekazane "Gazecie Wyborczej" przez Edytę Żyłę z Wydziału Informacji MS, w którym napisano: "Próby torpedowania reformy wymiaru sprawiedliwości nie są dla nas zaskoczeniem. Ta uchwała brzmi jak powtórka z rozrywki, bo podobny głos ze świata prawników wyszedł dokładnie rok temu".
Nicknil - Pią Mar 23, 2007 06:17
Czytami czytam te pomysły rządzącychi normalnie strach sie bać. Bluzganie na władze to jeszcze rozumiem, że im sie nie podoba ale ustawowe dni wolne od handlu? Zaraz bedzie ustawowy nakaz zamykania parków, kin, restauraci i nienadawanie sygnału radia i TV w niedzile np. do południa zeby nieoficjalnie zostawić jedyną słuszna opcję czyli potulne tuptanie dokościoła...ech.
Blue - Pią Mar 23, 2007 09:27
Nick, zyjemy w epoce cudów. W Chinach sprawę internetu roziązano może i u nas się uda
Najświeższe wiadomości z pola reform. To niesamowite, jakie tempo
Władza wzięła na celownik domy publiczne
2007-03-23 00:03
Szykuje się gwałtowny najazd niezapowiedzianych gości na agencje towarzyskie i salony masażu erotycznego - zapowiada "Dziennik Łódzki".
Pisze on, że, aby utrudnić życie przybytkom uciech, ministerstwo spraw wewnętrznych wysyła do nich wszystkie dostępne służby: policjantów, strażaków, skarbówkę, straż graniczną, inspekcję pracy, sanepid, a nawet - po raz pierwszy w historii - nadzór budowlany.
Na biurko wojewody łódzkiego i dyrektorów większości służb trafiło pismo sygnowane przez wiceministra spraw wewnętrznych Marka Surmacza, w którym zaleca stałe podejmowanie czynności kontrolno- koordynujących (...) w celu eliminowania zagrożeń i problemów wynikających z funkcjonowania tzw. agencji towarzyskich, salonów masaży oraz klubów "odnowy biologicznej" (cudzysłów pochodzi od ministra) - wyjaśnia gazeta.
Dla inspektorów nadzoru budowlanego to pierwszy raz, więc czują się trochę niepewnie. - My pracujemy w dzień, a agencje, o ile się orientuję, raczej w nocnych godzinach, więc trudno powiedzieć, jak te kontrole będą wyglądały - zastanawia się Marian Głowacki, zastępca wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego w Łodzi.
Są też pewne rozbieżności, co ma kontrolować nadzór budowlany. Rury do tańca? Inspektorzy w Bełchatowie sprawdzą po prostu, czy aktualne są przeglądy budynku i czy nie brakuje żadnych pozwoleń. Antoni Sokalski, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w powiecie łódzkim wschodnim, ma inny pomysł. - Przyjrzymy się tym obiektom jako budynkom użyteczności publicznej. Na przykład sprawdzimy, czy bez problemu dostaną się tam osoby niepełnosprawne - wyjaśnia redakcji.
Ministerstwo spraw wewnętrznych nie życzy sobie tego rodzaju instytucji użyteczności publicznej i stąd zmasowana akcja. Chodzi o skuteczne nękanie, aby zaprzestały działalności. Oficjalnie jednak jest to walka z przestępczością - zauważa "Dziennik Łódzki".
Blue - Pią Mar 23, 2007 09:40
Na naszych oczach dokonuje się największa w historii migracja obywateli polskich poza granice kraju. Wyniki badań opinii społecznej przeprowadzone przez SMG/KRC są przerażające - co czwarty Polak rozważa chęć emigracji, natomiast wśród ludzi z wyższym wykształceniem co trzeci widzi swoją karierę u zagranicznego pracodawcy.
Ubywa nam młodych ludzi i znacznie przybliża się widmo katastrofy demograficznej w Polsce. Osłabiony został nasz system ubezpieczeń społecznych oparty na zasadzie solidarności międzypokoleniowej - jeśli jedno pokolenie nam zniknie, drugie będzie żyć w nędzy.
Strata i hańba
Migracja za granicę po chleb to wielka niepowetowana strata najcenniejszego dobra narodowego jakim jest kapitał ludzki. Szukanie pracy za granicą przez obywateli danego kraju to wielka hańba dla jego władz. Kompromitacją polskich elit rządzących odpowiedzialnych za stan państwa polskiego jest tak ostentacyjne marnotrawienie ogromnego potencjału kwalifikacji, doświadczenia i energii ludzi, którym skandalicznie wysokie bezrobocie uniemożliwia pracę i rozwój w kraju. Stąd ostentacyjne ogłaszanie jako sukces polityczny faktu otwarcia kolejnego rynku pracy jest dużym nieporozumieniem i pomieszaniem wartości.
Najwyższy czas, aby Polacy przestali być pariasami bogatego Zachodu. Obecnie posiadamy dobrze wykształcone i pracowite społeczeństwo - istnieje więc potencjał dla rozwoju Polski. Niestety, jest on na naszych oczach marnotrawiony i degradowany. Wśród wyjeżdżających za granicę większość stanowią osoby wykształcone, kreatywne, ambitne i młode. Ubywa nam wysokiej klasy specjalistów. Już obecnie daje się odczuć niedobór fachowców wielu ważnych profesji.
Szacunki na temat liczby obywateli RP, którzy wyjechali po akcesji za granicę są rozbieżne. Znawca rynku pracy, Michał Boni ocenia, że w krajach Unii Europejskiej jest zatrudnionych 1,2 mln Polaków. Jak wielu pozostanie na stałe za granicą - pokaże przyszłość. Jednak Ci, którzy się tam zaczną urządzać będą ściągać rodziny i przyjaciół. Taka sytuacja jest wygodna dla naszych polityków: setki tysięcy ludzi wyjeżdża za granicę - spada więc stopa bezrobocia. Rząd może pochwalić się lepszymi wskaźnikami.
W wyniku wyjazdów młodych ludzi następuje proces ubożenia demograficznego narodu - to przyspieszone starzenie się polskiego społeczeństwa. Będzie on postępować tak długo, dopóki nie powstaną w naszym kraju warunki dla normalnej egzystencji i kreowania swojego losu zgodnie z własnymi możliwościami. A wszystko zależy od tego, czy polska gospodarka będzie się stabilnie rozwijać, czy będzie spadać bezrobocie, a wzrastać wynagrodzenia. Nie bez znaczenia jest niepewność, co do kierunku zmian demokratycznych w Polsce. Obserwacja sytuacji w Polsce nie napawa optymizmem.
Najważniejsze przyczyny
Według Jeremiego Mordasewicza, eksperta Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan", główną przyczyną emigracji jest ogromna różnica wysokości zarobków w Polsce i krajach Zachodu. Praca tam daje lepsze warunki budowy bytu materialnego, nawet po uwzględnieniu znacznie wyższych kosztów utrzymania. Jedynie poprzez prowadzenie dobrej polityki gospodarczej możliwe byłoby zmniejszenie dystansu dzielącego nas od Zachodu. Niezbędne jest więc zwiększenie nakładów inwestycyjnych na modernizację gospodarki.
Znacznie więcej, niż inne kraje zachodnie, a nawet niż nasi geograficzni sąsiedzi, wydajemy na świadczenia społeczne. Dotychczasowa i obecna polityka gospodarcza rządu, nastawiona na bezpodstawne rozdawnictwo nie sprzyja inwestowaniu w rozwój. Na przykład Czesi przeznaczają półtora razy więcej na inwestycje. Wartość inwestycji zagranicznych w przeliczeniu na głowę jest trzykrotnie wyższa, niż u nas. Nic dziwnego, że budują autostrady i powstaje tam nowoczesny przemysł, co daje pracę wielu ludziom i nie zmusza ich do tułaczki za pracą - mówi ekspert Lewiatana.
Kolejna istotna przyczyna wyjazdów zagranicznych według Jeremiego Mordasewicza, to wysokie w stosunku do zarobków ceny mieszkań. Człowiek bez pracy lub zatrudniony na czarno nie uzyska kredytu w banku, a koszty wynajmu lokalu w dużych aglomeracjach dających możliwość uzyskania pracy mogą pochłonąć nawet całość zarobków. Stąd, zamiast drogę do Warszawy, Polacy wybierają lot do Londynu.
Znajomości i układy
Przy poszukiwaniu pracy, kwalifikacje wykształconych Polaków mają często drugorzędne znaczenie. Najpoważniejszym atutem są znajomości i układy - szczególnie w firmach państwowych i urzędach. Kiedy górę bierze nepotyzm czy korupcja, uczciwy człowiek może czuć się nieswojo.
Elity władzy pochłonięte waśniami i rozliczeniami z historią graniczącymi z histerią, nie zauważają umykającego świata. Kto nie chce na to patrzeć i jest odpowiednio zdeterminowany - wyjeżdża. Tak wielu ludzi opuszczających Polskę utraciło nadzieję na godziwe w nim życie, porzucając wiarę w odpowiedzialność i uczciwość polityków obecnej i przyszłych kadencji.
Błędna polityka społeczna nastawiona na bezpodstawne rozdawnictwo, tolerowanie procederu wyłudzania rent, nadanie przywilejów różnym grupom zawodowym czy obniżanie wieku emerytalnego na koszt uczciwie pracujących powoduje zmniejszenie środków na nakłady inwestycyjne, generujące nowe miejsca pracy. Efektem tego jest najniższy w Europie wskaźnik aktywności zawodowej.
- Zaledwie 52 proc. społeczeństwa polskiego w wieku produkcyjnym pracuje zawodowo. Dla porównania w Republice Czeskiej udział ten wynosi 65 proc. i jest zbliżony do średniej unijnej - mówi Mordasewicz. Zadłużenie sektora finansów publicznych realizowane na koszt przyszłych pokoleń rośnie z każdym miesiącem i przekroczyło już kwotę pół biliona złotych. Biorąc pod uwagę wiele skrajnie negatywnych czynników uważam, że szanse na trwały, a nie tylko koniunkturalny rozwój Polski i zdecydowaną poprawę bytu narodu są niewielkie. Znajdujemy się na przedostatnim miejscu wśród krajów UE pod względem dochodu narodowego na mieszkańca liczonego według siły nabywczej. Stanowi on 50 proc. średniej unijnej. Wyprzedziła nas Litwa, a za nami jest tylko Łotwa. W związku z tym, migracja zarobkowa Polaków za granicę jest nieunikniona i korzystniejsza, niż wegetacja w kraju.
Beznadziejność sytuacji
Dlatego uważam, że liczba wyjeżdżających za pracą będzie wzrastać. Ci, którzy tam się zaadaptują będą ściągać rodzinę i przyjaciół. Po Wielkiej Brytanii, Irlandii i Szwecji swe drzwi otwierają kolejne kraje, co może wzmóc ten proces. Nie bez znaczenia są wyjazdy do Stanów Zjednoczonych, w których zawsze istniały ogromne możliwości zarobkowania, a także osiedlania się na stałe. Za kilka lat swoje rynki otworzą wszystkie kraje unijne. Powstaje pytanie, kto wówczas zatrzyma ten exodus.
Znamienne są wypowiedzi na forach internetowych zamieszczane przez ludzi, którzy znaleźli się za granicą. Z wypowiedzi internautów wynika wielka gorycz wobec Polski, w której nie mogli znaleźć miejsca i wielka nadzieja na ułożenie sobie życia w nowej Ojczyźnie. Ewa z Anglii pisze: "Ja jestem w tej chwili w Anglii. To jest inny świat. Tutaj pracując za najniższą średnią krajową stać mnie na opłacenie mieszkania, wyżywienie, cotygodniowy wypad na dyskotekę, kupno drobiazgów typu lap-top, MP3 i najnowszy telefon. Tutaj żyje się po prostu inaczej. Życie jest dużo tańsze niż w Polsce w stosunku do zarobków, dlatego myślę, że większość Polaków zostanie w krajach UE na stałe. Anglia jest ich nową "Ziemią Obiecaną" - niestety. Większość mówi, że daje sobie 5 lat i wróci, ale wątpię, że będzie do czego".
Z większości wypowiedzi wynika, że nasi rodacy za granicą czują żal i wstydzą się zachowania polityków, którzy dość niefortunnie kreują markę Polski.
Nie tędy droga
Przedsiębiorcy za granicą bardzo chwalą sobie modelowych pracowników znad Wisły. W Wielkiej Brytanii aż 97 proc. nie korzysta z zasiłków. Przeważająca liczba Polaków za granicą podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. Na Wyspach, polski imigrant to zazwyczaj człowiek młody w wieku 18-40 lat, energiczny, pracujący ciężko w fabryce, na budowie, w magazynie, hipermarkecie, barze, na recepcji czy farmie.
Niejednokrotnie jest to człowiek z dyplomem wyższej polskiej uczelni. Mieszka często w zatłoczonych mieszkaniach o fatalnym standardzie. Ma również uzasadnione powody do narzekania na lokalną żywność, wysokie ceny, ruch lewostronny i ... pogodę. Jak widać mamy do czynienia ze zjawiskiem marnotrawienia wiedzy nabytej na koszt polskiego podatnika. Pragnę tu dodać, że bez żadnych inwestycji w kształcenie - kraje, które otworzyły rynki pracy uzyskały nie tylko cenną siłę napędową dla swych ekonomii, a także został tam rozwiązany problem wykonywania prac, którymi gardzili miejscowi.
Czy faktycznie emigracja zarobkowa przyczynia się do wzrostu gospodarczego kraju lub regionu? Przykład Hiszpanii i Irlandii nie jest adekwatny do Polski, gdyż dla osiągnięcia korzyści z emigracji sytuacja w kraju musi być przynajmniej normalna. Województwa podkarpackie, warmińsko-mazurskie, lubelskie i opolskie, charakteryzują się od dziesiątków lat najwyższymi wskaźnikami emigracji zarobkowej. Nie przełożyło się to jednak na sytuację ekonomiczną tych regionów.
Według klasyfikacji przeprowadzonej przez Eurostat, spośród 254 regionów w UE to właśnie te województwa znajdują się w grupie najbardziej zacofanych pod względem ekonomicznym, mimo licznych transferów dewiz z zagranicy. Wskaźnik mierzący dochód narodowy według siły nabywczej przypadający na jednego mieszkańca (Purchasing Power Standard - "PPS") jest tam trzykrotnie niższy niż średnia unijna i o jedną trzecią niższy niż średnia dla Polski.
Rachunek zysków i strat
Nie widzę podstaw do twierdzenia, jakoby emigracja zarobkowa sprzyjała gospodarce naszego kraju. Może ona powodować poprawę położenia poszczególnych rodzin, co niestety często jest sytuacją przejściową. W wielu przypadkach zarobione na saksach pieniądze służą utrzymaniu rodziny pozbawionej pracy w kraju i nie są przeznaczane na inwestycje trwałe. Tylko nieliczni organizują własne firmy.
Większość wyjeżdżających nie planuje osiedlić się w obcym kraju, jednak po trzech latach pobytu więzi z krajem mogą być tak osłabione, że decyzja zostaje zmieniona.
Osoby pracujące za granicą nie zasilają naszego systemu ubezpieczeń społecznych. Nowa umowa w sprawie unikania podwójnego opodatkowania podpisana z Wielką Brytanią skłoni większość do płacenia podatku w całości na Wyspach, ponieważ prawo podatkowe jest tam korzystniejsze (choćby ze względu na wyższe niż w Polsce progi podatkowe). Nasi rodacy stanowią obecnie około 60 proc. legalnych emigrantów w Wielkiej Brytanii, stąd podejmując legalnie pracę będą zasilać kasę brytyjskiego fiskusa i systemu ubezpieczeń społecznych.
Nie można zapominać, że w wyniku wyjazdów specjalistów i naukowców, których kariera była niejednokrotnie skutecznie blokowana w Polsce, zmniejszy się nasz potencjał intelektualny i naukowy. Obecnie pod względem nakładów na B+R znajdujemy się na jednym z ostatnich miejsc w Unii. W efekcie nastąpi obniżenie i tak już niskiej konkurencyjności naszej gospodarki.
Pozostawieni sobie Nie wszyscy, którzy chcieli poprawić swój byt materialny za granicą osiągnęli cel. Zdarzają się przypadki wykorzystywania naszych rodaków do niewolniczej pracy. Dramatyczne wieści płynęły ostatnio z Włoch. Wielu Polaków jest bezdomnych i koczuje razem z kloszardami, popada w nałogi, a także konflikty z prawem. Odpowiedzialność za ludzkie dramaty spada na polskie rządy.
Masowe wyjazdy do obcego państwa rodzą różne problemy natury administracyjnej i prawnej. Nie ulega wątpliwości, że państwo polskie musi w takiej sytuacji zwiększyć obsadę polskich placówek konsularnych - obecnie nie są one w stanie wykonywać obowiązków wynikających z artykułu 36 Konstytucji RP (należycie obsługiwać i pomagać naszym rodakom za granicą). Niestety urzędników konsularnych tam nie przybywa, za to tworzone są nowe super-urzędy w kraju.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że duża część wyjazdów za granicę po chleb przyniesie negatywne skutki dla więzi rodzinnych. Za przywiezione tysiące dolarów niejednokrotnie nie można już odzyskać utraconego czasu, który winien być przeznaczony dla rodziny. Tak więc przy ocenie tego zjawiska należy wziąć pod uwagę szeroko rozumiane koszty społeczne.
Niezależnie od tego, jak byśmy oceniali zjawisko obecnej migracji zarobkowej Polaków, nie ulega wątpliwości, że jej pozytywne i negatywne skutki w znaczący sposób wpłyną na sytuację ekonomiczną i społeczną Polski.
Odpowiedzialność i jej brak
Dlatego - na zagrożenie poniesienia utraty najlepszych pokoleń - należy reagować odpowiednio wcześnie, tworząc ludziom warunki rozwoju w Ojczyźnie. Wobec wzrastającej niepewności co do kierunku zmian ustrojowych i demokracji, jedynym pewnym kapitałem Polski są obywatele.
Jeśli elity władzy nie będą zajmować się tworzeniem nowej rzeczywistości opartej na najlepszych standardach europejskich i światowych, tkwiąc w niekończących waśniach i sporach, to jeszcze setki tysięcy wykluczonych społecznie Polaków poszuka Ojczyzny poza krajem ojców.
Młodzi ludzie nie pozwolą się obecnie karmić ideologią, jak się to obecnie próbuje czynić, wzorem poprzedniego systemu. Przywiązują oni za to dużą wagę do swej rodziny i standardu jej życia. Stąd będą poszukiwać źródeł jej utrzymania i rozwoju na poziomie adekwatnym do współczesnego świata - także poza granicami kraju ojców, którzy są odpowiedzialni za ten karygodny proceder.
Jan Mazurek
(Gazeta Małych i Średnich Przedsiębiorstw)
http://biznes.interia.pl/news?inf=814596
Blue - Sob Mar 24, 2007 19:05
Życie Warszawy: Błyskawiczna lustracja dyplomatów
Ministerstwo Spraw Zagranicznych pracuje nad ustawą, która ma szybko wyeliminować z naszej dyplomacji agentów SB - dowiedziało się "Życie Warszawy".
Większe uprawnienia dla ambasadorów (nadzór nad wszystkimi państwowymi instytucjami, takimi jak Polska Organizacja Turystyczna), wzmocnienie ochrony prawnej nad ich żonami (ubezpieczenie na czas pracy męża) - to część przepisów nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej. Ale nie one budzą największe emocje. Resort Fotygi chce przede wszystkim specjalnej lustracji pracowników służb zagranicznych.
Już teraz, zgodnie z nową ustawą lustracyjną, ambasadorzy będą musieli złożyć oświadczenia lustracyjne. Jednak ich weryfikacja w praktyce może potrwać kilka lat. Dlatego MSZ chce, aby w noweli ustawy znalazły się zapisy, które pozwolą na błyskawiczne zlustrowanie dyplomatów.
Jak podkreśla Przemysław Gosiewski, szef komitetu stałego rady Ministrów, z resortu znikną nie tylko byli współpracownicy SB, ale w ogóle ludzie lewicy. - Mamy jasny stosunek do osób powoływanych na stanowiska przez SLD, których w tym resorcie nie brak. Z kolegami Leszka Millera IV RP nie zbudujemy - mówi Gosiewski.
Zdaniem opozycyjnych posłów z Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, te działania doprowadzą do destrukcji służb zagranicznych.
Blue - Sob Mar 24, 2007 19:17
Gazeta Wyborcza: Polityka pustych ambasad
PiS wyrzuca z MSZ ludzi z korporacji Geremka, ale nie ma kim ich zastąpić i ambasady w kluczowych krajach nie są obsadzone - wytyka "Gazeta Wyborcza".
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy PiS był zmuszony do obsadzenia ludźmi spoza swojego środowiska placówek w Moskwie, Berlinie i przy UE w Brukseli. Presja, by w tych newralgicznych dla polskiej polityki zagranicznej miejscach pojawili się godni reprezentanci Polski, była silniejsza niż niechęć do "korporacji" Geremka. Tak premier Kaczyński nazwał ludzi, którzy do dyplomacji przyszli po 1989 roku - pisze gazeta.
Jej zdaniem, minister Anna Fotyga nie wyciągnęła jednak z tego lekcji i nadal pozbywa się ludzi z tzw. starej gwardii, choć nie ma ich następców, którzy znaliby języki i politykę zagraniczną. Coraz więcej ambasad zostaje więc bez ambasadorów. - Nie mamy w czym wybierać - przyznaje "GW" jeden z doradców premiera. Sytuację pogarsza - według gazety - ogólna zapaść polskiej polityki zagranicznej. MSZ jest coraz bardziej spychane na bok przez dwie ambitne kancelarie - premiera i prezydenta.
W efekcie nieobsadzonych jest aż 19 ambasad w takich krajach jak: Angola, Białoruś, Bułgaria, Francja, Holandia, Irak, Jemen, Katar, Kazachstan, Kuba, Laos, Liban, Macedonia, Norwegia, Pakistan, Portugalia, Tanzania, Wenezuela i Uzbekistan, a wkrótce bez ambasadora pozostaną nasze kolejne placówki - ostrzega "Gazeta Wyborcza".
Strona
1 z
11 •
1,
2,
3,
4,
5,
6,
7,
8,
9,
10,
11
Powiązane tematy
Zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu
Historia Polski
Uniwersalna religia powstaje na naszych oczach
Proroctwo 70 tygodni
Odkrycia - Świat
Jest tam kto??
FILOZOFIA
Humor
Spiskowa Teoria Dziejów
Dlaczego Strażnica fałszuje naukę o Trójcy Świętej?
Implanty
Mikrochip"y
ANITRO/APAK/TAB/UWP i inne + dieta będzie grubo
Ukrzyżowanie
Równowaga w Kosmosie
Zbieranina wypowiedzi z for internetowych !! Start
Odnośniki,